Filozofia

February 7th, 2010 | gomich

Nieszczęście polega na niezrozumieniu szczęścia, wnioskuję z całą świadomością zbliżania się do filozoficznej blagi prezentowanej przez popularnego latynoskiego pisarza. A jednak kontynuuję dopowiadając, że patrzenie na szczęście jak na coś, co nie ma końca, czyni nas ludźmi nieszczęśliwymi, którzy nie są w stanie docenić tych momentów, kiedy byli na szczycie, szczytowali. Proponuję nie wybiegać za daleko w przyszłość, skupiać się na krótkich odcinkach czasu, widzieć koniec szczęścia i nawet oddzielić je od następnego etapu zjadając pudełko ptasiego mleczka podczas podróży pociągiem do domu. Potem poczekać, bo nieszczęście, tak jak szczęście, też ma koniec.

I nawet jestem już skłonny ułaskawić swój radykalizm jeśli chodzi o patrzenie wstecz. Owszem, można, ale tylko wtedy, gdy ma się tę pewność, że oglądanie się za siebie nie pociągnie nas do tyłu.

img_6828

Tribute to people

January 31st, 2010 | gomich

W sobotę dzięki Ewie przypatruję się z bliska oryginalnemu Portretowi Rodziny Arnolfinich. Luca podsuwa mi całkiem interesującą książeczkę Consciousness. A very short introduction. Iwona uświadamia mi (w krótkim mailu), że mam w sobie jeszcze dużo jadu. Stella uczy mnie przydatnego słowa ranocchio. Brian sprawia, że praca staje się trochę bardziej przyjemna. Beata przypomina mi o najprostszym i najbardziej znaczącym je suis la. Dzięki Marcie i Marcinowi być może w kwietniu będę w Lizbonie. Paulina utwierdza mnie w przekonaniu, że heterycy mają trudniej, ale w tym samym momencie historia Michała równoważy tę tezę. Rafał staje się realnym bohaterem wiersza Il Sogno Dehnela, przy którym zawsze płaczę.

Kroki

January 28th, 2010 | gomich

Zacząłem zadawać sobie pytanie: jak daleko już jestem? Nie wiem, dawno nie patrzyłem wstecz. Nie wiem co (kto) jest punktem, od którego się oddalam. Nie wiem, w jakich jednostkach mierzyć odległość.

20kg

January 27th, 2010 | gomich

Gdy próg przekracza pani z inspekcji sanitarnej z rąk wypadają nam łyżki i słoiki nutelli, zrywamy się ze swoich leniwych pozycji, ukradkiem zaczynamy sprzątać to czego nie sprzątnęliśmy, z naszych twarzy nie schodzi jednak wytrenowany uśmiech. Kobieta w naszych oczach urasta do rangi nadinspektora, który chce sprawdzić wszystko, dlatego z jeszcze większym niż zazwyczaj zaangażowaniem obsługujemy klientów, pilnujemy aby jedzenie było perfekcyjne, a kawa - niemalże w tym samym momencie zjawia się Aniello, który przed miesiącem sprawdzał, czy zgniatam kawę z siłą równą 20 kilogramów przygotowując shot - a kawa robiona zgodnie z najlepszymi standardami.

Bez snu

January 26th, 2010 | gomich

W Londynie nie śpi się między innymi dlatego, żeby rano wyglądać na niezaspanego, zmęczenie korygując makijażem w czasie podróży metrem. Nie śpi się, bo organizm nie ma czasu na wyciszenie, zbyt bardzo był podkręcony w czasie dnia, to pracujący bez przerwy silnik, wspomagany kawą i napojami energetycznymi. Sen zastępowany jest też zabawą, która przekracza znacznie wschodnioeuropejskie normy, w zasadzie trudno mówić w tym momencie o początku lub końcu zabawy, jest nieograniczona, jak wieczność. Zaśnięcie oznaczałoby rezygnację z oczekiwania, że wreszcie coś się stanie, a wyczekiwanie, tym bardziej te nocne, bardziej refleksyjne, jest czymś najbardziej charakterystycznym dla londyńczyków.

W Londynie bezsenności nie traktuje się jak chorobę, ale jak konieczność.

London Sunday

January 24th, 2010 | gomich

Jest środek zimy, mimo to nie ma tu trzydziestostopniowych mrozów. Lądujesz na Waterloo. W jednym kadrze widzisz szarego Jezusa na krzyżu (jego święto cierpienia będzie już niedługo) i billboard reklamowy z piękną brązową modelką. Intuicyjnie idziesz w jakimś kierunku i potykasz się o opuszczone posłanie bezdomnego, obok którego leży karton z napisem niceday. Gdy podnosisz głowę dziwisz się, że ktoś na środku ulicy postawił ogromną szklaną bryłę, na której wyryto Istanbul inspirations. Później wpadasz na wielki stragan z książkami, fotogeniczny drut kolczasty, szybę, Alaskę.

http://londonflaneur.blog.com/london-sunday/

Sedno

January 22nd, 2010 | gomich

Dopiero kiedy widzę Briana przełykającego łzy w momencie rozmowy o rzeczy dla niego w danej chwili bardzo istotnej, rozumiem, że dotarłem do sedna człowieka, do Prawdy, która nie ukrywa się za energicznym potrząśnięciem dłoni, albo za nic nieznaczącym how are you?!

W tym mieście szczęścia, smutku trzeba się domyślać, nie ma go na twarzach, w gestach, nie słychać go w tonie głosu, ani rozmowach w metrze. Ale to nie znaczy, że nie istnieje. Jest na pozycji przegranej, starty w pył przez całkowicie świecką ideologię optymizmu, jakże różną od tej ufundowanej na siermiężnym chrześcijaństwie, przypominającym co chwila komu człowiek zawdzięcza wszystko i że sam nie znaczy nic.

Magic

January 20th, 2010 | gomich

przychodzi tam co niedziela bo nie ma innych planów
a ludzie działają na nią pozytywnie więc przechadza się
zatłoczoną tego dnia ulicą w tę i z powrotem – to niezbyt długi odcinek
zaglądając w oczy każdemu mężczyznom bardziej hardo

a gdy tuż za jej plecami na rogu Brick Lane i Princelet Street
zaczynają grać dziewczyna w dziurawych kabaretkach – wokalistka
i niebezpiecznie młody chłopak w przekrzywionym kapeluszu – harmonista
ona rozpoczyna swój taniec chaotyczny i nieprzemyślany na początku
po chwili zaczyna przypominać suficki odlot i nijak nie pasuje do muzyki
rozpina swoje śmierdzące zimowe palto spod którego wypada mały kot
- wszyscy otwierają ze zdziwienia usta i nie wierzą że był tam przez cały czas

tancerka nie opada z sił nawet przy czwartej piosence
zupełnie zapomniała o rytmie a może nigdy się o nim nie uczyła
odsłania swój pomarszczony brzuch wydyma usta przewraca oczami
zatraca się w swoim tańcu co tydzień
każdej niedzieli spod jej futra wypada inne zwierzę

Serce

January 20th, 2010 | gomich

Rudolf F., lat 30., pół-Węgier, pół-Słowak, atak serca około godziny 21. Siedzę przy jego łóżku i zastanawiam się, czy gdy nadejdzie punkt kulminacyjny, a ambulans jeszcze nie przyjedzie, powinienem robić cokolwiek. Puentuję w myślach, że śmierci nie powinno się powstrzymywać. Karetka zjawia się po siedmiu minutach. Potencjalny pacjent nie pali, nie pije kawy ani alkoholu, nie zażywa narkotyków, ogólnie prowadzi zdrowy tryb życia. Rudolf F. nie wspomina jednak o nadmiernej liczbie orgazmów w weekend - jeśli wierzyć jego słowom - 20 (sic!).

Za chwilę w domu zalega cisza. Chce mi się czegoś słodkiego. Szperam we wszystkich szafkach w poszukiwaniu czekolady.

Window-revelation

January 19th, 2010 | gomich

Po siedmiu sekundach od oderwania papierosa od ust nikotyna jest już w moim mózgu, sprawnie przetransportowana drogą krwioobiegu. Podwyższone dzięki niej poziomy adrenaliny i dopaminy sprawiają, że uśmiecham się częściej, być może widzę też więcej, bo mój umysł działa szybciej.

Kończąc czerwone marlboro przyglądam się wystawie sklepowej. Jest poetycka, na tyle na ile poetycki może być Londyn:

SALE
SAL
SA
S

Minimalizm

January 18th, 2010 | gomich

Zaprawdę można uprościć swoje życie.

Najważniejszym dylematem każdego dnia - na dodatek nie swoim, a klientów - uczynić wybór pomiędzy take away drink/eat in.

Odczuwać niepokój nie z powodu spadających na łeb na szyję wyników badań, tylko na myśl o zjeżdżającym windami tłumie wygłodniałych ludzi, którzy łuki i dzidy zastąpili iPhonami i spasionymi portfelami, i myśl tę pełną niepokoju celebrować do momentu, kiedy pierwszy z polujących mężczyzn stanie w drzwiach.

A poza tym płakać podczas oglądania “Grey’s Anatomy”, angielski ograniczyć do najpotrzebniejszego w tym momencie słowa - tonsils, być sytym cały dzień po dwóch posiłkach, używać dwóch par spodni, perfumy Kenzo i Azzaro zastąpić swądem tostowanych kanapek, a nade wszystko mieć plan by zaszyć się w najmniejszym miejscu świata.

Gazing

January 12th, 2010 | gomich

Ludzie, którzy nie są pewni wypowiadanych słów, gestykulują, jakby ten dodatkowy język miał potwierdzić ich wypowiedzi lub weryfikować czy są właściwe czy nie.

Z zaciekawieniem patrzę na chłopaka, który najpierw żegna się (znak krzyża), a potem już bez dodatkowych niepotrzebnych ruchów zaczyna delektować się piwem Stella podanym w kuflu Beck.

O! Ja!

January 9th, 2010 | gomich

Gdy zastanawiam się nad swoimi cechami charakteru, pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to że jestem on-line. Nagle chcę się tego wyrzec, odciąć wszystkie kable, przez które przekazywany jest mi sygnał. Uśmiercić profile na portalach społecznościowych (nawet jeśli to dobra zabawa, jest tylko stratą czasu, na dodatek taką, która zręcznie odwraca uwagę i nie pozwala odejść), nie reagować na maile, telefonu używać tylko w pilnych sprawach, google zastąpić wiedzą bardziej fizyczną (pytać ludzi), nie dzielić się swoimi zdjęciami w pseudo-galeriach (tym samym dać się prześcignąć w internetowym narcyzmie). I zrobić to wszystko całkiem świadomie, z myślą o stratach (osamotnieniu, ostracyzmie, technologicznym don’t know-how).

Podobno jestem też typem refleksyjnym (tego motywacyjnego określenia użył mój kolega) i refleksji nie powinienem zaprzestać, a także dzielić się nią z innymi. Może - to dalej wywód kolegi - moje poczynania są ciekawym eksperymentem, a dziecinne podniecanie się Londynem nie ma w sobie nic z przypadku emeryta, który zdobył młodą żonę (on 80, ona 60).  Może.

Black

December 31st, 2009 | gomich

Przez sekundę czuję zakłopotanie, gdy podaję czarnoskóremu mężczyźnie kawę i mówię “black americano for you” niechcący akcentując i przeciągając pierwsze słowo.

Take care

December 29th, 2009 | gomich

Lubię to ich “take care”, w którym zawierają się i obawa, że może przyjść coś niedobrego, i troska, mimo niezgłębionych relacji rozmówców, i nadzieja - na wyjście obronną ręką z potencjalnych opresji.

Sophie Calle zrobiła niesamowitą wystawę, w której “take care of yourself”, dzięki kontekstowi, nie ma w sobie ani obawy, ani troski, ani nadziei; jest bolesne.

I received an email telling me it was over.
I didn’t know how to respond.
It was almost as if it hadn’t been meant for me.
It ended with the words, “Take care of yourself.”
And so I did.
I asked 107 women (including two made from wood and one with feathers),
chosen for their profession or skills, to interpret this letter.
To analyze it, comment on it, dance it, sing it.
Dissect it. Exhaust it. Understand it for me.
Answer for me.
It was a way of taking the time to break up.
A way of taking care of myself.

11

This is the end, beautiful friend

December 28th, 2009 | gomich

Niektóre prezenty musimy zdobyć sami. Na inne poczekać. Tych najcenniejszych nigdy nie dostać.

Szum papierowych toreb na londyńskich ulicach przypomina mi, że w którymś momencie przestaliśmy patrzeć na drogowskazy.

Fernando’s Kitchen

December 22nd, 2009 | gomich

Dziś tylko wideo z muzyką zespołu, na który natknąłem się w londyńskim metrze. Są naprawdę świetni!

Fernando’s Kitchen

Czerwona wstążka

December 21st, 2009 | gomich

Czerwona nitka o magicznej mocy zawiązywana na przegubach rąk śniadych mężczyzn nie działa spektakularnie. Nie ustrzegła ich przed śmiercią w zamachach bombowych. Nie ułaskawiła też natury, która kierując się srogim prawem także na ich twarzach sadzi trądzik. Magia nie sprawia, że pracują w bankach i na giełdzie, bo albo zmywają naczynia, albo szukają pracy. Nie mają drogich garniturów, nie spotykają na swojej drodze sławnych ludzi, ba! sami nie są sławni, nie pragną tego. Mają za to czerwoną nitkę, która daje im poczucie pewności siebie i wiarę w to, że zaczarowana rzeczywistość będzie nieco bardziej łaskawa i nie zetnie ich z nóg przy pierwszej próbie samodzielnych kroków.

Almost a post (2)

December 17th, 2009 | gomich

z Huseinem łączy mnie tylko oczekiwanie na urzędnika
obaj jesteśmy znużeni spoglądamy na siebie
nic nie mówimy bo nie mamy wspólnego języka
miny z pytaniem „dlaczego to trwa tak długo”
muszą nam wystarczyć

Husein odpowiada po swojemu na te same pytania
czy jest żonaty albo czy planuje ślub
co chciałby tu robić gdzie mieszka z kim jak długo
obywatelstwa numery kserokopie listy
pozwolenia referencje pieczątki znaczki

ja wspieram się uśmiechem białego człowieka do białego człowieka
Huseinowi jest trudniej musi udowadniać przynależność do tej samej rasy
przysięgać na boga (którego?) że jego imię nie ma znaczenia
przestraszonych oczu nie odrywać od urzędnika
odpowiadać szybko podpisywać nie pytać
na koniec w ankiecie o jakość obsługi bez zastanowienia otoczyć kółkiem
very satisfied

Nie tylko Murakami pisze o jedzeniu

December 16th, 2009 | gomich

Gdy palę papierosa w czasie brunchu, patrzę na Błękitny Meczet, a tak naprawdę na jego płócienną imitację w formie tryptyku. Pada śnieg, mam uśmiech na twarzy, a niedopałek zamiast wpaść do studzienki kanalizacyjnej, zaczyna tańczyć na kratce, obijając się sprawnie o wszystkie pręty i przedłużając swoje życie na powierzchni.

Na kolację jem bresaolę (“szlachetne” mięśnie wołowe), do tego parmigiano i rucolę. Wypadałoby mieć kieliszek czerwonego wina, ale ponieważ nie mam, a w kuchni fusion, której zwolennikiem jestem, można pozwolić sobie na więcej (brunch składał się z finocchiony, salami, nutelli i brownie), piję miętę.

Almost a post

December 15th, 2009 | gomich

repertuar kolorów ud
jest tu o wiele większy
sposoby ocierania ich o siebie
niby nie pozostawiają wielkiego pola możliwości
a jednak różnią się od tego
co widziałem wcześniej

The point is…

December 14th, 2009 | gomich

Jeśli ktoś zapytałby mnie, co czuję dostawszy pierwszą w życiu książeczkę czekową, odpowiedziałbym, że zakłopotanie, bo: a) nie mam pieniędzy na koncie, b) nie umiem wypełniać czeków.
Co innego z nowym portfelem, który sobie kupiłem. Mimo że nie mam pieniędzy, bardzo cieszę się z jego posiadania. Można tam włożyć karty płatnicze i kredytowe (polskie i brytyjskie), wizytówki (jeśli by się je miało) i paragony (jeśli robiłoby się zakupy).

W pracy cieszę się razem w Włochami, że Berlusconi został pobity.

Szafa

December 13th, 2009 | gomich

Dwóch Hindusów przywozi mi szafę. Jeden jest z Kenii (nie wygląda na takiego), drugi z Indii. Podoba im się dom, mówią, że jestem szczęściarzem, bo mogę tu mieszkać. Może jestem. Potem ten z Kenii wymienia wszystkie języki w których mówi, pamiętam tylko hindi i suahili, a było ich w sumie z siedem. Ten z Indii przyznaje mi się, przykręcając rączkę do szuflady, że należy do Kościoła protestanckiego, i że bóg jest dla niego najważniejszy. Po chwili odbiera telefon, a gdy go odkłada, widzę na wyświetlaczu wielki krucyfiks z diamentami.

Szafa jest zwyczajna, nie ma pękniętego lustra w drzwiach, nie zachęca do wchodzenia do środka, nie będę spędzał w niej nocy.

Hare Christmas

December 8th, 2009 | gomich

Ci od “The Times” wcale nie różnią się tak bardzo od tych od “The Sun”. Opuszczają w połowie szpalty artykuł o globalnym ociepleniu i zaglądają przez ramię swoim sąsiadom, aby przeczytać choć kilka zdań z wyznań byłej gwiazdy porno. Zresztą, oba tematy całkiem nieźle się łączą.

Tymczasem specjaliści od reklamy ambientowej nie śpią. Produkt: proszek do prania w dużym opakowaniu. Target: wszyscy użytkownicy przestrzeni miejskiej. Forma: półnagie tańczące dziewczyny, trzymające w rękach wiadra z proszkiem, śpiewające popularny song “Hare Kryszna”. Efekt: sprzedaż proszku znacznie wzrosła.

Nauka

November 28th, 2009 | gomich

Krótka lista rzeczy, których muszę się nauczyć:

1. Wyrażać zachwyt – do perfekcji opanować wymowę słówek gorgeus, amazing, brilliant, marvelous, i używać ich jak najwięcej przy każdej okazji, zarówno reagując na czyjeś wypowiedzi, jak też puentując sytuacje.

2. Mieszkać w akustycznym domu – tekturowej perle architektury brytyjskiej, chroniącej być może od wiatru, od zimna już niespecjalnie; domu, w którym słychać każdy krok i każdy głos, bez względu na to, gdzie znajduje się źródło dźwięku.

3. Rozszerzyć swój zakres tolerancji – i przyjmować ze spokojem życie współlokatora (bo to jego życie), który szukając miłości każdego wieczora trafia do sauny, gdzie znajduje tylko fizyczną i niezbyt wysublimowaną jej fizyczną namiastkę; nie zżymać się na widok brytyjskich kobiet, dla których szczytem szaleństwa jest kupienie na deser maleńkiej czekoladki bacci, a flirt przy ekspresie do kawy uważają za rozpoczęcie relacji partnerskich.

Książki

November 26th, 2009 | gomich

W mieście, w którym życie polega na przemieszczaniu się, każdy ściska pod pachą jakąś książkę – przyjaciela podróży. Pachnidło to całkiem banalna lektura jak na londyńskie metro, pasuje jak ulał jeśli chodzi o zapachy i skwar, dwie strony dość swobodnie można przeczytać pomiędzy St. Paul’s i Liverpool Street.

Młody Hindus ze świetnym angielskim akcentem (przez telefon) zaskakuje wszystkich (mnie także), kiedy wyciąga z torby Music theory in practice o niestandardowym rozmiarze, po chwili ołówek, którym coś zakreśla i stuka, być może próbując wyczuć metrum.

Niektóre książki okazują się niezbyt przydatne w metrze, np. The location of culture przerasta starzejącą się zbyt szybko panią, ląduje na kolanach i jakby za karę odwrócona tytułową okładką do dołu aż do końca podróży nie trafia przed zmarszczone oblicze.

Typowa Angielka nie odrywa wzroku od The age of emigration, choć być może powinna także zobaczyć, kto dziś śmierdzi curry, albo kto przed chwilą dotknął całkowicie czarną rękę jej szyi (zgaduję, że nawet nie przez przypadek).

It’s not how good you are, it’s how good you want to be z dwoma pozłacanymi good można czytać bez końca na wszystkich trasach londyńskiego metra. Jest to zapewne przewodnik po życiu, o jakim marzymy, nawet jeśli nie umiemy się do tego przyznać. Zadowolona twarz blondynki nabierającej pewności siebie jest wystarczającym tego dowodem.

Przeszłość

November 25th, 2009 | gomich

Każdy ma jakąś przeszłość. Dla niektórych była ona wypełniona wieloletnim ćpaniem po kątach Rimini, pokrywaniem pola świadomości dymem jak mgłą, w której nic nie widać, w której łatwo się zgubić, ale też w której nic nie trzeba robić. Inni w czasie przeszłym po prostu się przemieszczali, decyzje zapadały gdzieś poza nimi – droga prowadziła od Sarajewa, poprzez Sztokholm, aż do Londynu. Są i tacy szczęśliwcy, którzy przez wiele lat mogli cieszyć się klimatem i słońcem Rzymu, ale i tacy nieszczęśnicy, dla których przeszłość jest zarówno teraźniejszością – nie ma pomiędzy nimi żadnych różnic.

Wybieram tych świadomych, wewnętrznie głębokich, którzy potrafią opowiadać o swoim życiu godzinami, szperając w pamięci i odnajdując w niej zaskakujące dla samych siebie historie. Gdy idzie o własne życie, o jego opis i refleksję nad nim, język przestaje być barierą. Robią wszystko (ja też), by opowiedzieć o sobie jak najbarwniej, użyć jak największej liczby słów, nie powtarzać się, nadmiernie nie gestykulować, nie przesadzać z wiarą w rozmówcę (you know what I mean?). Wybieram tych, dla których nie jest problemem powiedzenie „wszyscy mnie nienawidzą”, albo tych, którzy nie kryją się z traktowaniem Londynu jak jednej z wielu przygód – zawsze stoją za nimi pieniądze rodziców.

Wybieram tych, którzy nigdy nie nauczyli się kłamać i nawet nie przychodzi im do głowy, że mogliby przedstawić siebie nieco lepiej, albo trochę gorzej. Bo Londyn to miejsce, w którym „gorzej”, znaczy lepiej. Dobrze mieć za sobą czas spędzony w więzieniu, albo ten, gdy miało się dredy na głowie, narkotykowa historia (w jakimkolwiek wydaniu) zawsze jest atutem, hetero powinni mieć doświadczenia homoseksualne, a homo – heteroseksualne, ktoś z rodziny robiący w polityce (największym bagnie) też jest zaliczany na plus.
Ci, których wybieram, nie kłamią. Byli uzależnieni, siedzieli w więzieniu, są zatwardziałymi liberałami, mieli aborcje, nosili transparenty z odważnymi hasłami, ktoś ich pałował, byli bezdomni. Ci, których wybieram mówią prawdę. Kończyli studia ekonomiczne, podróżowali dookoła świata, za najwspanialsze miejsce na ziemi uważają Australię, od kilku lat są w szczęśliwym związku, kochają, mają pogodne usposobienia.

Czas

November 25th, 2009 | gomich

Włoszka Stella mówi mi, że nie wie jak długo jeszcze będzie w Londynie, bo przyjeżdżając tutaj, wcale nie planowała pobytu, dlatego chce wykorzystać każdą chwilę, aby chłonąć, oglądać, cieszyć się. W tym „nie wiem jak długo” zawiera się też cała moja motywacja, i to nie tylko do zdobywania Londynu.

Oglądam „Krótki film o miłości”, zachwycam się niezwykłą estetyką niektórych scen: samobójcze, przeciągnięte nieco oczekiwanie aż w misce z wodą pojawi się krew z podciętych żył i zacznie raptownie zmieniać kolor, albo czerwone tło - Wong Kar Wai mógłby się tylko z tego uczyć - w momencie, gdy chłopak mówi kobiecie, że ją kocha. Potem myślę o uniwersalności dekalogu, nie po raz pierwszy, trochę żałuję, że jest wpisany w katolicki paradygmat, przez to staje się odrażający, a przecież zasady dotyczące człowieka i jego relacji z innymi ludźmi są jak najbardziej słuszne.

Pamiętam. „Ani żadnej rzeczy, która jego jest”. Pamiętam!

O kawie

November 23rd, 2009 | gomich

To niesamowite móc obserwować, jak całkowite zagubienie w momencie, gdy robimy coś po raz pierwszy, zamienia się w coraz większą pewność przy kolejnych próbach. Nie wiedziałem nic o rodzajach kaw, nie miałem pojęcia jak się je robi ani czym się różnią. Teraz nabieram coraz większej pewności.

Ile uwagi trzeba poświęcić mleku, aby dodane do kawy uczyniło z niej prawdziwą rozkosz. Dotykam ręką metalowego kubka, sprawdzam temperaturę, jakbym badał, czy ktoś ma gorączkę. Tu jednak zasada jest odwrotna – zimno jest niedopuszczalne. Po całym dniu pracy moja dłoń jest nabrzmiała od gorąca.
Caffee Amercicano zajmuje najmniej czasu i najmniej wysiłku. Shot kawy, woda, czasami mleko, dziękuję. Lubię też Caffee Latte. Podgrzewam mleko, robię małą pianę, przelewam do kawy, gotowe. Capuccino potrzebuje uwagi. Skin milk wcale nie pieni się tak dobrze, a nawet jeśli już uda mi się zrobić pianę, przelanie jej do kawy bez nadmiernej ilości mleka wymaga wprawy. Na zakończenie i przypieczętowanie tryumfu posypuję całość czekoladą, przeciągam tę chwilę, bo sprawia mi najwięcej satysfakcji.

Pop life

November 22nd, 2009 | gomich

A więc Pop life. Pewnie jest wiele innych miejsc na świecie, w których ta wystawa nabiera dodatkowego znaczenia, jednak w Londynie, dla mnie, też jest dość przewrotna.
Zanim tam trafiam, zresztą niechcący i całkowicie za darmo (thanks Antonio), na 4. piętrze Tate Modern dość swobodnie wypróżniam się, jeszcze wtedy nie wiem, że moja kupa jest doskonałym początkiem pop life’u.
Wspólny mianownik tej całości jest bardzo długi, należałoby go zacząć od słowa sex. Dodałbym później trochę kolorów (róż, złoto), trochę błysku i blichtru, kilka znanych twarzy, które były i kolorowe, i błyszczące (Monroe, Jackson, aktor porno – nazwiska nie zapamiętałem, skupiając uwagę na czymś innym), wszystko to podane w formie fusion, bo pop life = intern life, zasadą nadrzędną jest to, że wszystko łączy się ze wszystkim. Warhol, którego tu sporo, byłby wniebowzięty, ale gdyby tak wpuścić tu Derridę, też by klaskał.
Large condom w posrebrzanym opakowaniu. Kirsten Dunst odgrywająca japońską sex lalkę. Napompowany srebrny królik-zając (nie potrafię ocenić czy w stylu playboy’a). Kolorowe portrety nazistów (why not?).
Kwintesencja Londynu – piękna powłoka.

Do pracy po pracy

November 20th, 2009 | gomich

Jest 16:00. Kończę pracę, schodzę na poziom -1, gdzie mogę zmienić ubranie. W swoim czuję się swobodnie, nabieram pewności siebie, przypomina mi się, w jakim mieście jestem i co mogę tu zrobić. Kawiarnia jest nadal otwarta, aż do wieczora. Nie chcę wracać do domu. Biorę nasze wizytówki i wychodzę na ulicę. Na początku wydaje mi się, że najlepszymi klientami będą pracownicy banków, eleganccy, szykowni i zadufani. Szybko przekonuję się, że jestem dla nich osobą, która przeszkadza w dotarciu z pracy do domu. Odpędzają mnie ręką, jak żebraka. Wracam na chwilę do sklepu, zbieram siły i nagle przypominają mi się ci wszyscy energiczni ludzie z arabskich krajów, które odwiedzałem, wymachujący i krzyczący przed swoimi sklepami, zachęcając do odwiedzenia ich miejsc. Zaczynam zachowywać się tak jak oni. Jeszcze pół roku temu nie sądziłem, że mogę stać się zwykłym naganiaczem, mieć z tego świetną zabawę, a nawet satysfakcję. Teraz zaczepiam zagubionych turystów, albo zakłopotanych starszych mężczyzn, na twarzy których, wyczytuję „chcę pić”.
Kawiarnia zapełnia się ludźmi. Coraz bardziej otwarcie zachodzę ludziom drogę, czasami przepraszam, że przeszkadzam, czasami – kiedy widzę, że mam bardzo mało czasu - mówię wprost „vine for free”, jest to nie do przebicia.
Cheers.

Koniec z ignorancją

November 19th, 2009 | gomich

Mawiał, że pewnych faktów nie da się ignorować, ale można je akceptować. Był zakłopotany za każdym razem, gdy czuł, że jego skóra pachnie tostowanymi kanapkami. I to nie tylko tymi, które lubił – łosoś wędzony i łosoś grillowany ze szparagami – ale także tymi z mortadelą, zwykłą parmą, kurczakiem z przyciasnej fermy, obrzydliwie cuchnącym blue cheese, bree lub mozzarellą. Jednocześnie wiedział, że to tylko zapach, zwracający być może uwagę w metrze jakiegoś Pakistańczyka, który poczuje konkurencję dla curry, ale tak naprawdę nic nie znaczy, jest zbywalny, poddaje się myciu, bo dotyczy tego, co zewnętrzne.
Nie potrafił zignorować tego, że ktoś powiedział mu, całkiem niedawno zresztą, „źle ci z oczu patrzy”, i uznał to za największą obelgę od czasów pamiętnego wykrzyknienia „ty humanisto!”. Nie przeoczył też zarzutu kolegi, który wyznał, że nie wierzy w pisane przezeń teksty, bo nie widzi tam prawdy i szczerości, tylko jakąś dziwną pozę, udawanie kogoś, za kogo chce być brany.
Nie mógł też zignorować sygnałów dawanych przez klientów codziennie. Czytał z zostawianych przez nich odpadków (ledwo nadgryzione kawałki pizzy lub wypita do połowy kawa), wyrazów twarzy, ruchów, gestów, słów wychodzących poza schematyczne thank you i cheers. Niektóre znaki miały podwójne znaczenie: puste kubki nie musiały być wcale oznaką tego, że kawa była wyśmienita, mogła być wypita w pośpiechu i w miejskim przymusie rozpoczynania dnia od kawy, w obawie przed pracowniczym strażnikiem, który jeśli nie wyczuwa kofeiny w oddechu, nie wpuszcza do szklanej bryły. Wiedział, że pod koniec dnia, uzupełniając napoje w lodówce, będzie musiał wstawić więcej coli diet niż tej normalnej i że tylko nieliczni zdecydowali się na czarną puszkę, która jemu kojarzyła się z ZSRR (do tej pory nie sprawdził, co zawiera).

Problem z…

November 17th, 2009 | gomich

Tokarczuk w wywiadzie dla “Polityki”: “…być Polakiem to znaczy mieć kłopot z polskością, z sobą samym, z całym krajem, historią. Począwszy od wielkich pisarzy, a skończywszy na drobnym robotniku i hydrauliku, który wyjechał do Londynu i już się czuje niewygodnie ze swoją polskością.”

Ona się dziwi, ja nie. Mamy, albo inaczej - mam problem z polskością, bo za zbyt wiele rzeczy muszę się wstydzić, i nie ma dla mnie nic nienaturalnego w tym odczuciu. Wstydzę się za konserwatyzm, idący daleko poza granice logiki (sam jestem quasi-konserwatystą, najpierw bardzo wyraźnie wyznaczam granice zachowań określanych jako konserwatywne, potem je przekraczam). Wstydzę się za nasz/swój pesymizm i brak pewności siebie, które są pewnie wyznaczone przez historyczny los “ofiar”, wszystkich Winkelriedów i Mesjaszów. Wstydzę się za intelektualną miałkość naszego narodu, bo zawsze mieliśmy (chcieliśmy mieć?) twardsze ręce niż głowy.

Gdy się wstydzę, nie wstydzę się za swoją “polskość”, tylko za to, co się z nią wiąże i co rzeczywiście powinno wywoływać wstyd. Nie jest to też niewygodne, a smutne. Mówiąc, że jestem z Polski, nie drżą mi ręce, nie łamie mi się głos, oczy nie łzawią. Zastanawiam się tylko wtedy, jaka jest pierwsza myśl o mnie tego, który dowiaduje się o kraju mojego pochodzenia. Bo przecież nie pojawią się w jego głowie nazwiska Koperników, Sobieskich, Miłoszów, Wałęsów. Raczej nie słyszał o tym, że jesteśmy po ludzku dobrzy dla innych (nawet jeśli kiedyś ścinaliśmy głowy), ani że zazwyczaj prawi i że umiemy się odwdzięczać tym, którzy nam pomagają. W głowie tego kogoś pojawia się albo pustka, albo niezbyt zgodne z rzeczywistością stereotypy. A jeśli miałby, przyparty do muru, wymienić w ciągu jednej sekundy jakieś jedno polskie dobro narodowe, zapewne powiedziałby “piękne kobiety”.

I tyle. Mam problem z polskością bez względu na to czy mieszkam w Londynie, czy w Warszawie. I wstydzę się pewnych rzeczy z polskością związanych. Nie wstydzę się tego powiedzieć.

Historia Miau

November 16th, 2009 | gomich

Zazwyczaj jedzą w pośpiechu. Albo proszą o brązowe papierowe torby, w których zanoszą jedzenie i picie na dwudzieste trzecie piętra, gubiąc okruchy pomiędzy czarnymi klawiszami komputerów. Patrzą nam na ręce, wcale nie z niepokoju o czystość, zjedliby nawet to, co upadło na ziemię, w tej rozgrywce liczy się tylko czas zdobycia pożywienia, patrzą więc nam na ręce z ciekawości, pozwalają oczom odpocząć od monitorów, kartek i liczb. Ci, którzy przyszli tu po raz pierwszy, po raz pierwszy dowiadują się dlaczego kanapki, które jedli przez całe życie, mogą być też ciepłe, dlaczego mleko w caffee latte jest spienione a gorąca czekolada gorąca. Zazwyczaj zapominają o tym zaraz po swoim lunchu, gdy na czterdziestym czwartym piętrze uzupełniają papier A4 w wielkiej drukarce, która po chwili wypluwa specjalnie dla nich tabele statystyczne.

Ale to tu, na dole, a nie na piętrach, dzieją się najważniejsze rzeczy, które pozwalają im przetrwać. Wyznaczona w środku dnia przerwa jest momentem wyczekiwanym, a gdy minie - wspominanym, dającym przyjemność i wytchnienie.

My name is Miau. And this is my story.

Mięso

November 15th, 2009 | gomich

Rzeka była bardzo brudna. Szło się z prądem, w stronę Waterloo, choć nie ono było celem, nie było celu. Mijało się setki ludzi, słońce kusiło na tyle mocno, że wyszli z domów, biorąc pod pachy swoje liczne dzieci, liczne żony i mężów. Byli szczęśliwi, robili zdjęcia, zatrzymywali się przy showmanach, ich oczy błyszczały, głowy ruszały się w pośpiechu, słychać było brzęk pieniędzy.

Szło się dalej, patrząc na brudną wodę, nie działała na wyobraźnię, nie wywoływała żadnych refleksji. Przechodziło się przez most, próbując zapomnieć o tym, o czym nie chciało się myśleć. Czuło się jak słoń, metalowy most z każdym krokiem wydawał mocny dźwięk, był stabilny, wiedziało się, że drugi brzeg jest zbyt blisko, żeby nie móc przejść.

Szło się pod prąd. Nie zwracało się uwagi na nic. Miało się dosyć rozmów o niczym, uśmiechów z których nie wynikało żadne znaczenie, poklepywań po ramieniu, ślinienia się, charczenia i rzucania mięsem. Nie chciało się ani kupować mięsa, ani jeść mięsa, ani zapładniać mięsa.

Więcej

November 14th, 2009 | gomich

Pszczoły zawsze wydawały mi się za mało cierpliwe. Dlatego nigdy ich nie lubiłem i nie lubiłem też miodu, owocu frywolnego latania, ślizgania się po powierzchni, niewierności konkretnym kwiatom, rozpasanej chorobliwej ciekawości nie idącej w głąb, a wszerz.

W Londynie “więcej” oznacza zazwyczaj zaspokajanie tej płytkiej ciekawości, powiększanie cyfr bez znajomości tego jak się łączą, poznawanie ludzi bez chęci dowiedzenia się o nich czegoś w i ę c e j oprócz imienia. To pozorne “więcej”, napompowane przez miasto z ogromnymi możliwościami i głodnych ludzi, którzy syndrom Fausta rozumieją w prosty sposób, przeraża mnie. Przerażają mnie relacje między ludźmi trwające jedną noc, przeraża brak potrzeby podsłuchiwania ludzi w metrze i brak rozmów (każdy zatyka szczelnie swoje uszy białymi słuchawkami iPhonów), przeraża brak czasu na coś innego niż praca (więcej pracy - więcej pieniędzy), przeraża brak psychologicznej głębi i przeraża pozorne szczęście wynikające z pozornego “mam więcej”.

Zaczyna się od…

November 12th, 2009 | gomich

Zakładam koszulę, układam włosy (!), wychodzę z domu. Wysiadam na Liverpool Street i idę w stronę biurowców. Mijam kilka, starając się im nie przyglądać. Dochodzę do skrzyżowania z Burshfield Street, patrzę na rząd wystrojonych czarno-biało postaci stojących pod ścianą i palących papierosy. Pomiędzy skośnooką kobietą a czarnym mężczyzną wypatruję wolne miejsce, wypełniam rząd i jestem jednym z nich. Wyciągam papierosy, palę. Przez czas od brzegu papierosa aż do filtra, zaciągając się wyjątkowo mocno dymem, czuję się biurowo i korporacyjnie, czuję się człowiekiem sukcesu, pantofle, spinki w mankietach, paski krawata dobrane do pasków koszuli. Strzepuję popiół, przygniatam niedopałek butem i w porę robię krok do przodu, występuję z szeregu. Idę Burshfield Street, mijam na ławce ciemną parę: kobieta płacze dość głośno, mężczyzna powtarza “everything, everything”, a ja nie wiem czy nie ma nic więcej do powiedzenia, czy się zaciął, czy cała najważniejsza treść była już wypowiedziana czy dopiero będzie. Za około 50 metrów przechodzę przez drzwi włoskiej kawiarni. W łazience zdejmuję swoją koszulę i zakładam biały t-shirt, na głowę białą czapkę. Wychodzę z łazienki i zaczynam pierwszy dzień pracy.

Precyzja

November 10th, 2009 | gomich

W mikrochirurgii chodzi o precyzję. Nauczenie się skomplikowanej mapy organizmu, koordynacja ruchów, zgranie wszystkich impulsów na linii oko-ręka, opanowanie trzymania narzędzi i patrzenia przez mikroskop, który całkowicie zmienia perspektywę. Zawęża pole widzenia do szczegółu, najistotniejszego w danym momencie. Tuż po oderwaniu wzroku od mikroskopu wraca się do naturalnej skali, jednak z dodatkową wiedzą i przykutą jeszcze przez chwilę do szczegółu pamięcią. Wytrenowana precyzja przydaje się w przyszłości, chociaż każdy przypadek wymaga innych zachowań, innych rozwiązań, innych dróg i innych wyjść.

Wiem już, które miejsca w Londynie wywołują we mnie niechęć i agresję, wiem które melancholię wynikającą ze wspomnień i wiem też dzięki którym będę się uśmiechał. Ta dziwna mapa pozwala mi manipulować swoim nastrojem, za każdym razem działa, miejski czynnik okazuje się dominujący, wszystko inne w tej grze się nie liczy.

Go to Brent Cross station, take the exit out, then come out and turn left and take the first left (Heathfield Gardens). Walk down and turn right into Heathert Gardens till you see a post box look right and you will see stairs, we are on the top.

Dobrze jest patrzeć na wszystko z góry, ale czasami się nie da. Czasami jest się w środku, albo na zewnątrz - ale ze złą perspektywą. Trzeba wtedy zmienić swoje położenie, poszukać innego miejsca, przemieścić się, uciec, albo uciec do przodu, być krok przed.

img_6694

Krótko i zwięźle

November 8th, 2009 | gomich

iPhone, urządzenie bez którego nie powinno pokazywać się w Londynie, a jeśli tak - wiadomo, że dopiero przyjechałeś, mieszkasz na obrzeżach miasta, masz kiepską pracę, robisz zakupy na wieczornych przecenach w Asdzie (czekolada za 27p) i prawdopodobnie pochodzisz z Bułgarii. iPhone pięknie prezentuje się w czarnych, żółtych, czerwonych, brązowych i białych dłoniach. Pasuje do garniturów, obcisłych jeansów, czarnych pantofli, kardiganów, szali, czapek i krótkich kurteczek.

Nie wiedzieć czemu dręczy mnie pytanie: czy pociągniecie za chustę muzułmańską kobietę znaczy tyle samo, co pociągniecie za łańcuszek z krzyżykiem chrześcijanina?

A dwa dni później, znajduję w kiosku to:

iphone

Szukajcie, a znajdziecie!

November 7th, 2009 | gomich

Wczoraj obijając się o ludzi na Oxford Street i na Soho, pomyślałem, że nie pasuję tutaj, że to nie jest moje miejsce, że chcę stąd uciec. Dziś poczułem coś innego. Londyn jest ogromny, wystarczy wybrać inną ścieżkę, inny square, inną kawiarnię. Można być u siebie na wiele sposobów.

Przez przypadek, jak zwykle, trafiam w znane miejsce. Borough Market przy London Bridge jest niezwykły. Pachnący, kolorowy, krzykliwy, pyszny. Maleshian Chicken Curry zjedzone w pośpiechu na krawężniku jest o wiele lepsze niż piękne kanapki z pobliskiej snobistycznej kawiarni Monmuth, do której stoi długa kolejka.

Od początku pobytu w Londynie rozglądałem się za śladami działań Banksy’ego i nic. A dziś wpadam na książkę “Banksy - location & travel”. Teraz już wiem, w których miejscach muszę być bardziej uważny, o!

Looking around

November 5th, 2009 | gomich

“Może”, słowo-klucz, wszystkich wypowiedzi i wszystkich myśli. “Może” należy do przyszłości, jest filtrem, przez który nie da się nie spojrzeć. To co pewne, zostało z tyłu, obejrzane, przeżyte i… niepowtarzalne.

Odnajduję d a w n e ślady i zadeptuję je. To nie profanacja, a psychoterapia włóczęgi. Brick Lane w środku tygodnia i nie w letnim sezonie prawie nie posiada uroku. Tylko pachnie, nie wygląda. Staram się rejestrować wszystko, powtarzać kroki, odnajdywać szczegóły. Restauracja, market, sklep z butami (w t e d y ich nie kupiłem, dzisiaj mnie kusiło, pewnie zrobię to następnym razem), bar z bajglami (bekon na śniadanie o godzinie 13 trochę mnie zmęczył), droga na flower market (wrócę tam w niedzielę). Ani razu nie wyjmuję aparatu z torby. Jest inaczej, dziwnie, męcząco. Uciekam.

Zagłębie bankowe jest irytujące; patrzę na białe kołnierzyki, prane przez matki, kochanki, żony, konkubiny, tym niezbyt urodziwym angielskim mężczyznom, którzy pławią się w swoich sukcesach, na brunch wychodzą do jakiegoś sieciowego baru kanapkowego, a potem do Starbucksa; garnitury ich są dopasowane, lśnią na słońcu i niewiarygodnie pasują do roześmianych twarzy.

Przyjemność sprawia mi patrzenie na eleganckich murzynów. Ile przeszkód pokonali oni i całe ich rodziny, wbrew historii, na przekór roli, jaką próbowano im narzucić. Teraz nic nie stoi na przeszkodzie, aby nosili szmatki od Gucciego, prezentując się w nich lepiej niż ci piegowaci, rudzi mężczyźni, którzy podniecają się tytułami lord i sir.

Numery

November 3rd, 2009 | gomich

Tego dnia odkrywam, do czego służy 30 stopni ciepła w londyńskim metrze. Gdy wsiadam przed południem do tuby, świecie słońce, myślę nawet o tym, że ubrałem się za ciepło. Za 20 minut wysiadam w innej części miasta, pada deszcz. Przypomina mi się zagadnienie zmienności klimatycznej.
Wchodzę do agencji pracy i od razu przepraszam za swoją “wilgoć”. Panie uśmiechają się jednak bardzo miło. Po 10 minutach od wyjścia z ich biura, dzwonią, bo właśnie umówiły mnie na interview. Mam półtorej godziny, aby przemieścić się do Intercontinentalu.

Wsiadam do metra cały mokry, kilkaset metrów wietrznych schodów ruchomych, w górę, w dół, w górę, potem ciepła tuba i nie ma na mnie ani kropli deszczu. Wychodzę pod samym hotelem, mam godzinę. Idę do najbliższej sieciowej kawiarni, w której nie istnieje podział na strefy prywatne. Wygląda to jakby wielka rodzina siedziała przy wielkim stole. Faceci obok mnie rozmawiają o podróży po Stanach Zjednoczonych. Pani w panterce, od momentu gdy przysiadła się do mojego małego stolika, wyciąga z torebki kolejne wizytówki i dzwoni. Para pod oknem całuje się tak, jakby co najmniej była w Paryżu lub Wenecji.
Patrzę przez okno na Green Park, słońce znowu w pełni. Czuję się jak na wakacjach, choć wiem, że nieprędko mnie czekają.

W piwnicy Intercontinentala, poziom -3, Svietlana przeprowadza ze mną rozmowę. Dużo pracy, ciężkiej pracy, potrzebny jest ktoś very fast. Uśmiecham się. Po krótkiej wymianie zdań informuje, że mój angielski jest ok, bo rozumiem co do mnie mówi. Odpłacam tym samym: your English is ok too, you understand me. Svietlana patrzy na mnie groźnie, nie spodobało jej się.

Zazdrość

October 31st, 2009 | gomich

Za każdym razem, gdy bariera językowa daje o sobie znać, gdy sytuacja staje się męcząca ze względu na brak płynności angielskiego, gdy język nie tyle kłamie myślom, co nie jest w stanie ich przełożyć, w takich momentach myślę o tym, jak dobrze mają ludzie, dla których uniwersalny już w tym momencie język angielski jest pierwszym językiem, w którym zaczynają mówić “gaga”, a kończą na jakimś “artificial”.

I w tym samym momencie zazdrość zmienia się w dziwny rodzaj nienawiści, bo wydaje mi się, że ci anglojęzyczni szczęściarze wykorzystują swoją uprzywilejowaną pozycję, to, że ktoś nie zatrzymał biegu mimo falstartu, pozwolił na podkopanie zasad egalitaryzmu, że wykorzystują to w sposób niewystarczający, nie umieją zamienić tego na swój atut, jest to dla nich tak oczywiste, że nie wzbudza refleksji i nie prowadzi do satysfakcjonujących rezultatów.

Apokalipsa

October 29th, 2009 | gomich

Trochę umyślnie zamiast szukać pracy błądziłem w uliczkach i wylądowałem w Tate Moderne. A tam Miroslaw Balka ze swoją przedziwną, genialną instalacją. Do przeogromnego metalowego kontenera wchodzą masy ludzi, czarne matki pchają pod górę wózki z dziećmi. W środku prawie całkowita ciemność, idzie się daleko, nie widać ściany kończącej, można w nią uderzyć. Pomyślałem, że tak kiedyś będzie wyglądał świat. Apokalipsa?